czwartek, 6 marca 2014

Pigułka czy pomidor?

Trafiłam dziś na artykuł o ciężkim uzależnieniu od leków. Hmm - myślę sobie - czy ktoś jeszcze wierzy w to, że jedną mała tableteczką można pozbyć się jakiegoś zdrowotnego problemu? No tak, uzależnienie to uzależnienie. To nie jest kwestia wiary. Jednak są wyjątki, wiadomo. Na przykład takie problemy z cukrem - ostatnio mi coraz bliższe. Jak organizm sam sobie nie radzi w temacie "gospodarki insulinowej", to na ratunek przychodzi lek. Ale czy to wystarczy? Oczywiście, że nie. Nawet w takim przypadku trzeba działać globalnie (dieta, styl życia itd.). Niestety, podejście interdyscyplinarne do zdrowia nadal w naszym kraju raczkuje, a może nawet i na całym naszym kontynencie?

Jedzmy jedzenie


Czytam artykuł i do głowy przychodzi mi książka, o której już dawno miałam Wam opowiedzieć. Pewnie niektórym z Was jest ona znana, to nic. Wydaje mi się, że wytycza ona dobry kierunek, chociaż nieco w opozycji do idei "dietetyzmu", niepodważanej przez większość:

Nie jestem autorem terminu dietetyzm (nutritionism). Ukuł go australijski socjolog nauki Gyorgy Scrinis i po raz pierwszy użył - jak udało mi się ustalić - w 2002 roku w eseju Sorry Marge (Przepraszam, Margaryno) opublikowanym w australijskim kwartalniku "Meanjin". Esej ten mówił o margarynie jako o szczytowym osiągnięciu naukowców żywieniowców - produkcie, który potrafi zmieniać swą tożsamość: jednego roku nie zawiera cholesterolu, w następnym nie zawiera kwasów tłuszczowych o konfiguracji trans, w zależności o d aktualnie dominujących trendów dietetycznych. (...) Ten redukcjonistyczny sposób myślenia o żywności został już zauważony i skrytykowany wcześniej przez kanadyjskiego hosoryka Harbeya Levensteina, brytyjskiego żywieniowca Geoffreya Cannona i amerykańskie badaczki Joan Gussow i MarionNestle, ale nikt wcześniej nie nadał mu właściwej nazwy, jaką jest właśnie dietetyzm. Odpowiednie nazwy mają pewną szczególną właściwość: sprawiają iż rzeczy, które trudno dostrzec lub które przyjmuje się za pewnik, stają się widzialne.
Dietetyzmu nie należy utożsamiać z nauką o żywieniu. Jak wskazuje końcówka "-yzm", nie jest to nazwa dyscypliny naukowej, lecz pewnej ideologii. A ideologie to metody organizowania życia i doświadczenia za pomocą wspólnych, lecz niesprawdzalnych założeń. (...) W przypadku dietetyzmu niepotwierdzonym założeniem jest to, że kluczem do zrozumienia żywności są składniki odżywcze.

W obronie jedzenia. Manifestwszystkożerców., autorstwa Michaela Pollana. Nie jest to pozycja stricte naukowa, chociaż wiele w niej odniesień do naukowych źródeł. Czyta się lekko, przyjemnie, co nie wyklucza się z wartością zamieszczonych w niej treści.

No dobrze. A o co chodzi tak konkretne? W skrócie chodzi o to, aby JEŚĆ JEDZENIE. Jakkolwiek dziwnie czy absurdalnie to brzmi, to świetnie ujmuje przekaz Pollana. Nie suplementy, nie pokarmy przetworzone do granic możliwości, ale jedzenie takie jak nieprzetworzona pomarańcza, ziarna, pestki czy orzechy. Takie pożywienie ma swoją określoną "strukturę". Teoretycznie pewnie można by sobie zbudować pomidora z syntetycznych elementów, z których się składa lub przyjmować wyizolowany zestaw składników pokarmowych (woda, błonnik, białko itd.), mineralnych (najwięcej potasu i fosforu!) i witamin (w pomidorach najwięcej wit. A), ale całość to chyba coś więcej niż suma części. Oczywiście natura nie musi rodzić idealnych "owoców", ale wydaje mi się, że na obecnym etapie rozwoju nauk żywieniowych i okołożywieniowych (z chemią, psychologią i fizyką łącznie) najlepsze, co możemy zrobić, to zjeść właśnie całego pomidora, a nie "wyciąg z pomidora" w kapsułce. Mimo wszystko patrząc szerzej, myślenie w kontekście kalorii czy niezbędnych składników odżywczych nie musi się wykluczać z obroną "prawdziwego jedzenia".

Zupa o smaku i aromacie kury lub kraba



To prawda, że bardziej przetworzone jedzenie dłużej zachowuje świeżość (również łatwiej je przez to transportować) i jest szybsze w przygotowaniu, a potem w "metabolizowaniu", ale czy w obecnych realiach (lodówki, brak wojny, codziennych kataklizmów itd.) nadal tego potrzebujemy? Weźmy na warsztat "zupki instant". Może zabrzmi to dość mocno, ale prawdopodobnie sam/a rozłożysz się szybciej niż ten jedzenio-podobny twór. 

Tu urwę i zostawię Was z tematem do przemyślenia. Trochę tak jak w dobrym (np. francuskim lub skandynawskim) filmie. Bez morału, bez wniosków, a "taaaaak wiele pytań". ;)

9 komentarzy:

  1. Bardzo dobry post! I bardzo podoba mi się określenie dietetyzm, z którym spotkałam się dopiero u Ciebie na blogu. Widocznie przegapiłam je nie siedząc ciągle nosem w żywieniowych nowościach. Myślę, że to jedzenie nie-jedzenia jest skutkiem ludzkiego lenistwa i wygodnictwa, a także przesławnego wyścigu z czasem codzienności. No cóż... Ja wybieram pomidora! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, ja już się pomidorów najlepszych nie mogę doczekać. :) "Szybka zupa", "W 5 minut" itd. Idę ulicą, patrzę na takie reklamy i myślę sobie: prosta zupa krem jest niewiele bardziej wymagająca (szybkowar ułatwia sprawę, to fakt) oraz - jeśli ugotujemy jej więcej, to część możemy np. zamrozić, potem rozmrażamy i znów mamy zupę "w 5 minut".

      Usuń
  2. Tak Cię Czekolada polecała, że aż zajrzałam. I nie żałuję.
    I będę pewnie zaglądać częściej.

    Co do posta - muszę powiedzieć, że staram się odżywiać zdrowo, racjonalnie, mało tucząco i sensownie, ale kurczę, jakie to trudne! Zwłaszcza jak się mieszka w mieście, które słynie z najcudniejszych na świecie fast foodów. Moje starania niestety spełzają na niczym dość często. Ale przynajmniej nie szpikuję się lekami. Wszystkie suplementy diety (oprócz magnezu) olewam totalnie, a we wszelakie "cudne" tabletki odchudzające nigdy bym nie zainwestowała...

    Co do margaryny - ja po prostu zaczęłam używać masła. Jakoś mnie nie przekonuje, że zwykła margaryna może zawierać tonę witamin lub redukować cholesterol. No ale tutaj lekko odbiegam od tematu... ;)

    Pozdrawiam,
    Sol

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też bym wybrała masło, a najlepiej oliwę i oleje tłoczone na zimno. :) Co do radykalnych rozwiązań, to się nie sprawdzają. Trzeba sobie dać jakiś 'wentyl', pozwolenie na 'mały grzech', inaczej łatwo się zniechęcić. Tym bardziej, że zakazany owoc kusi bardziej. :D Pozdrawiam i zapraszam!

      Usuń
  3. Lecę po książkę, nie istnieję dla świata przez najbliższe dwa dni :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę ciekawa historyczno-socjologoczno-psychologiczno-- żywieniowo-kulinarna lektura. ;) :)

      Usuń
  4. Muszę kupić książkę rozbudziłaś moją ciekawość.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ostatnio ktoś u mnie polecał tę książkę. Kupiłam, muszę odebrać i będę czytać :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja mam wrodzony wstręt do połykania tabletek, dławiłam się nawet przy tych malutkich. Leki to trucizna podana w takiej ilości, by wywołać pożądaną reakcję, a że uzależniają, to przez ludzki strach przed chorobami.

    OdpowiedzUsuń