wtorek, 9 kwietnia 2013

Soundtrack blogerów, czyli słoń nadepnął mi na wieczko


Zabijasz mnie swoją piosenką.. la la la, śpiewała Anna Jantar. I taka jest też prawda o mnie, torturuję siebie i innych absurdem, są momenty, kiedy pomagają tylko tacy "artyści" jak: Cliver ("Pokaż jak się kręcisz" lub "Najarana Anka", dzięki Karolalala!), Gosia Andrzejewicz ("Słowa", "Zabierz mnie"), Paris Hilton ("Stars are blind") czy np. Dystans ("Kalifornia").



Myślę, myślę, myyyyślęęęęę (w tym jestem chyba dobra) i nie przychodzi mi do głowy jedna, jedyna piosenka, którą można by opisać kogokolwiek. Do tego dołożyć należy problem "ja realnego" i "ja idealnego", które mogą niestety różnić się latami świetlnymi. Na chwilę wyłączam myślenie i strzelam w... Maannam, którym od dłuższego czasu się zachwycam. Nie, kiedyś nie bardzo. Dziś pasuje mi ich charakterystyczne brzmienie, brzmienie elektrycznej gitary. Może nie mają zbyt ambitnych tekstów, ale śpiewają "emocjami" i przez to dobrze opowiadają różne historie, nawet te pełne sprzeczności, czyli życiowo, bardzo życiowo.

Który kawałek, hmm. Myślałam i albo wymyśliłam albo mnie olśniło. Bardziej to ostatnie, gdyż przegrzane zwoje nie są zbyt produktywne. Miało być bardziej nostalgicznie, ale jakiś wewnętrzny szatanios (no albo "Anioł") powiedział mi: to to! A o resztę trzeba zapytać dziadka Freuda, z którym gdzieś tam w życiu się spotkać miałam wątpliwą przyjemność. Paranooooja jest gooooła, więc zapraszam na...




Z takich dosłowności, to jestem podobno jak kret, który nie lubi sztucznego światła i innych sztuczności, a już na pewno nie toleruje nacisków, ucisków i ... no chyba, że na życzenie, no chyba że. Lubię grzebać w ziemi i się brudzić, kwiatki lubię jak rosną, patrzeć jak rosną, chociaż i niejednego mi się ususzyło. Za dżdżownicami przepadam, ale tylko platonicznie i na odległość, bez bliskiego kontaktu podczas konsumpcji...


Kto jeszcze ma ochotę przyłączyć się do akcji? To proszę kliknąć o tutaj.



1 komentarz: