środa, 6 czerwca 2012

Kraków (Bajglów) kulinarnie cz. III: Czerwony, Różowy, Zielony


Ostatnia część krakowskiej trylogii. Trudno powiedzieć wiele o jakiejś knajpce po jednorazowej wizycie, ale coś można. Na przykład opowiedzieć konkretnie o tym, co się zjadło i zobaczyło dookoła. Trzy kolory i trzy miejsca - zapraszam do lektury. Możecie również popatrzeć na to i owo. Pierwszą, bardzo włoską część relacji znajdziecie tutaj, a drugą o najlepszym i najzdrowszym chyba hamburgerze, jakiego miałam okazję zjeść: tu.



Czerwony – Gruzińskie Chaczapuri

Gruzińskie Chaczapuri, ładnie, ładnie
Nie wiem dlaczego, ale Gruzja kojarzy mi się z kolorem czerwonym. Może chodzi o przyprawy, ostre smaki? Tylko czy aż tak ostro tam jedzą? Napiszcie do mojego psychoanalityka w tej sprawie, a ja przejdę do rzeczy. Miejsce klimatyczne, na ścianach obrazy wąsatych Gruzinów, w ogródku rosną winogrona (czyżby z tych liści zrobili moje zamówienie?!?). Jadłam gołąbki z liści winogron z jagnięciną i ryżem, a do tego surówki. Dawały radę, ale liście były twarde – nie, nie oceniłam pochopnie, ale zapytałam znawców. Tak, takie mają być. Co do farszu to nie napisali w menu, że są też z ryżem, a konkretnie: głównie z ryżem. Dość wysoka cena jak na „głównie ryż” zawinięty w liście winogron. Luby poszedł w stronę barbarzyńską bardziej i postawił na wołowy szaszłyk, który smakował mu bardzo. Nie wątpię, ale ja się nie znam i mnie nie smakował – wolę jednak mięso lepiej wysmażone, wypieczone i wyduszone;). Do tego hojna porcja frytek i trzy sosy. Organoleptycznie stwierdziłam (na 90%), że jeden był salsą ze słoika, a reszta nie jestem pewna. Chyba na drugi składał się ketchup i majonez (taki sos a'la 1000 wysp;)), a trzeci czosnkowy – nie powiem czy z buteleczki czy przygotowany samodzielnie. Chciałabym się mylić, ale mimo że były smaczne, to od takiego miejsca wymagałabym samodzielnego przygotowywania takich dodatków. Ok, surówki wyglądały na takie. Buraczki lekko marynowane w occie, a druga z białej kapusty. Pod względem surówek zdecydowanie wygrywają Smakołyki – pisałam o nich tutaj.Wniosek końcowy: trzeba było nie przekombinowywać i zamówić któryś z placków chaczapuri.

Róż i już!

Salad Bar - Bistro Różowy Słoń to miejsce bardzo przyzwoite. Pomysł na różowe stoły i krzesła połączone z komiksem na ścianach bardzo mi się podoba. Takie trochę odczarowywanie zaniedbanych i "szpitalnych" stołówek. Wejście proponuje również na różowo przemalować (właściciel kamienicy albo ten od zabytków może się nie zgodzić) lub wymienić chociaż te daszki na nowe - różowe! Chociaż chciałam zupełnie coś innego, to zamówiłam naleśnika z truskawkami (jak to ja - najczęściej, gdy gdzieś idziemy coś zjeść, to biorę coś innego niż to na co miałam ochotę - lekarza!). Ha! Przypomniało mi się dlaczego naleśniki - bo truskawki w sezonie i "ze świeżymi" było napisane, więc pomyślałam: sezon nie trwa wiecznie, trzeba działać! Naleśniki same w sobie bardzo dobre, ale truskawki były albo podgrzane albo ugrzały się od ciepłego naleśnika. Na nich rozpływała się bita śmietana - być może nawet domowa. A nie można by po bożemu bardziej?;) Naleśniczek złożyć, położyć na jednej stronie talerza, pokrojone truskawki obok, a na nich (zimnych!) bitą śmietanę z cukrem pudrem?:) W każdym razie spoko (ko ko) miejsce - nie tylko dla studentów, chociaż dla nich przewidziana jest 10 - procentowa zniżka. Lubię miejsca urządzone z poczuciem humoru - za to duży plus.

stąd
Grasz w zielone? Gram!

Do Rucoli trafiliśmy przez przypadek. Minęłam ją w drodze na pocztę na ulicy Grodzkiej. Bardzo małe miejsce – skupione prawdopodobnie na dostawach lunchowych zestawów do biur, ale pewnie nie tylko. Akurat wtedy zależało nam na czasie, okazało się, że zupa pomidorowa znalazła się na naszych stołach w ciągu (może nawet mniej) pięciu minut. O to przecież chodzi! Ktoś ma pół godziny, żeby gdzieś wyskoczyć na obiad i chce mieć go od razu na stole. Jedzenie jest gotowe „na już”, bo trzymane w podgrzewaczach (czy jak to się tam nazywa – specjalnych termosach). Inaczej np. ryba byłaby sucha (w przypadku wersji odgrzewanej) albo praco i czasochłonna (gdy smażona na bieżąco). W każdym razie miejsce fajne. Zestawy lunchowe nieduże, ale miałam wrażenie, że ich jakość wprost przeciwnie – wysoka. Miejsce przedstawia się jako serwujące zdrowe jedzenie. Zupa pomidorowa (w pięknej, ciekawej bulionówce – niestety logo firmy się zmyło, więc nie mogłam podejrzeć) całkiem smaczna. Do wyboru była jeszcze inna: chyba botwinka. I to kolejny atut – dwie zupy i dwa drugie dania do wyboru. Do drugiego można zamówić kaszę, ryż lub ziemniaka gotowanego na parze w mundurku. Wybrałam łososia z ziemniakiem i surówką. Luby drugi zestaw czyli duszony schab z kaszą gryczaną. Jedno mam zastrzeżenie – surówkę stanowiła rzucona na talerz kapusta kiszona – ni drobiny cukru w niej, ni oliwy. Taka sucha trochę. Może mało być dietetycznie? Dla mnie trochę przesada. Z oliwą lepiej się wchłaniają witaminy! O! Duży plus za ciekawe i smaczne menu: koktajle warzywne, wrapy z warzywami, mini przekąski np. ze szpinakiem (takie do zjedzenia „w biegu”). Jestem na tak! p.s. Pan biznesmen ;) obok dopytywał się z czym jest botwinka. Myślałam, że mu chodziło o to czy z ziemniakiem czy z jajem, ale nie. Nie wiedział najzwyczajniej w świecie z czego się robi botwinkę. Obym nie skończyła nigdy w biurze, bo taka praca nie wzbogaca! ;)

Rucola i nawet zielono!

2 komentarze:

  1. O, moje miasto :)
    Szkoda kasy na chaczapuri- wcisną maks "zapychacza"- porcja duża, tylko składa się z samych buł, frytów i co tam jeszcze wymyślą. Na dodatek o przyprawach najwyraźniej nie słyszeli- tylko zabawne- każdy musi spróbować- ostrzegałam na przykład rodziców że nie warto- ale musieli! Cóż.
    A słoń to mistrz małej porcji, skoro ma pretensje do baru mlecznego- niech da pełnowymiarową porcję!
    Radzę usunąć osąd biznesmena- jeśli bym była takowym to bym się bardzo pogniewała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. He he, że nie wie, z czym botwinka? Nie każdy musi wszystko wiedzieć, ale ze względu na moją "branźę" bawi mnie to i co zrobić?:P Myślę, że by się nie obraził, a chaczapuri - nie chwaliłam, chociaż szaszłyk Lubemu smakował i podobało mu się to, że dużo frytek;). A w Słoniu byłam tylko raz, porcja wydawała mi się ok, ale musiałabym pójść kilka razy, żeby coś więcej powiedzieć. Ja polecam Moaburger na 100%, a reszta to już z mniejszym prawdopodobieństwem :) http://mowia-weki.blogspot.com/2012/06/krakow-bajglow-cz-ii-nowa-zelandia-pora.html

      Usuń