niedziela, 3 czerwca 2012

Kraków (Bajglów) kulinarnie cz. I: Sycylia

Na śniadanie, na obiad, na kolację - always bajgiel (najlepiej ten ostry lub z serem)!


Kraków to prawdziwe zagłębie kulinarne. Być może "wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma", ale naprawdę byłam zaskoczona bogatą ofertą ciekawych i przystępnych miejsc oferujących z reguły fajne zestawy lunchowe. Mam wrażenie, że w Łodzi jest tego o wiele mniej, a i ceny są wyższe. Może to dziwić, bo przecież w Krakowie, gdzie się nie obrócić tam Włoch, Japończyk, Hiszpanka, Angielka, Niemka albo Skandynaw (jakąś nację pominęłam?).



Na wjeździe do Krakowa piękne domki z czerwonymi dachami (na wjeździe do Łodzi zwykle sześciany z szarymi płaskimi dachami) i zapach orzeszków wydobywający się z fabryki Felixa. ale do rzeczy! Nie będę się rozwodzić nad piękną architekturą miasta, cudnymi kamieniczkami, klimatycznym Kazimierzem i zielonością w centrum miasta (Planty). Napiszę tylko, że miasto mieszczańskie, a miasto robotnicze (chodzi mi o historyczne korzenie) to zupełnie inne pomysły na życie. Rynek, wokół którego skupia się życie mieszańców (a bardziej może turystów), otoczony parkiem wiele zmienia. W Łodzi mamy wiele parków, a za Kazimierz mógłby robić u nas Księży Młyn, ale akcja zszywania starego i nowego jest bardzo świeża. Tak sobie myślę, że jest jeden problem techniczny też. W Łodzi wejścia do kamienic z reguły są położone wyżej niż chodnik. Być może z tego powodu trudno przed knajpę wystawić stoliczki i krzesła? Bo trochę tak dziwnie? W każdym razie są ogródki.

Jadąc do Krakowa nastawiłam się przede wszystkim na spróbowanie jedzenia przygotowywanego przez Sycylijczyka w knajpce o nazwie CoCa (usłyszałam o miejscu w programie Adama Gesslera – tu możecie go zobaczyć). Najbardziej chciałam spróbować arancini. Za pierwszym podejściem się nie udało (niestety mogłam tam dotrzeć tylko po 17), ale i tak było bardzo smacznie. Kawałek pizzy z anchois i kaparami, z minimalną ilością sera. Ciasto trochę inne, zawierające najprawdopodobniej więcej oliwy. Pewne takie, jakie jadają na Sycylii. Spróbowaliśmy też z lubym czegoś podobnego do pizzy: ciasto podobne do pizzowego, w środku kawałki uduszonej papryki i na to dużo sera. Pyszności. A na deser Piotr Bikont. Jadł z kolegą to samo, co my.

CoCa - knajpka prowadzona przez Sycylijczyka..

Arancini, z tego, co się dowiedziałam można  było zjeść w czwartki i w niedzielę, więc wybraliśmy się drugi raz. Znowu po 17, więc nie trafiliśmy na makarony (też podobno pyszne, ale tylko do 17 robione), ale było arancini. Pyszne. Idealnie „uklejone”. W środku mozzarella z groszkiem, pomidory i mięso. Czasem bywa także ze szpinakiem. Pyszna chrupiąca otoczka i „ciągnące się” wnętrze. Zjedliśmy też pizzę z szynką, pierożka ze szpinakiem, mozzarellą i pomidorami (pyszne ciasto drożdżowe, delikatne i smaczne). Bardzo miłe miejsce. W środku niewiele miejsc siedzących, ale schludnie i przyjemnie. Można też usiąść na parapecie okna na zewnątrz, co też raz uczyniliśmy. Polecałabym szczególnie latem.

Nie polecam natomiast miejsca bardzo dziwnego. Restauracja Cala la pasta wydawała się dosyć przyjemnym miejscem na poziomie, a skoro reklamowali się, a wchodząc do środka spotkaliśmy jakiegoś Włocha, to trudno było o wątpliwości. Niestety mimo dość wysokich cen, miłej obsługi (która jednak w efekcie oszukała nas na napiwku) i fajnego ogródka, bardzo byliśmy rozczarowani. Szczególnie Luby. Jedyne, co smakowało to zupa minestrone, a sos w bolońskim spaghetti okazał się gorszy od niejednego słoikowego. Makaron pływał w nim i w sumie przypominało to zupę pomidorową, jak sam Luby skwitował. Mój makaron cztery sery był lepszy, ale mam wrażenie, że nie było w nim czterech różnych serów. Chciałam się przekonać jak powinien smakować taki makaron dobrze przyrządzony. Kiedyś jadłam podobny we Włoszech i chciałabym go odtworzyć. Jak to jest, że w konkretnie włoskiej, sycylijskiej restauracji nie można zjeść prawidłowo przygotowanego makaronu? Może kucharzem jest Polak albo i nawet Włoch, ale niedouczony?

Restauracja CALA LA PASTA - menu.

No to pora na deser, ale hola hola! Nie ma tak łatwo. Trzeba odstać swoje w kolejce po ambrozję. Kolejka jest często dwa razy większa niż ta na zdjęciu. Lody włoskie, w takim stylu, jak te w Katanè zdarzyło mi się również jeść we Włoszech, więc mogę powiedzieć, że są bardzo podobne. Duże porcje w stosunku do ceny. W owocowych kawałki owoców. Inne - aromatyczne i "pełne". Próbowaliśmy takich smaków: mango (kawałki mango wyczuwalne!), porzeczkę (dla amatorów kwaśnego i pesteczek), śmietankę z maliną (mmm), wanilie (!) i biszkoptowe z ciasteczkami.

Lody włoskie z Katanè!


10 komentarzy:

  1. Na takie lody chętnie bym się skusiła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A na zdjęciu to już do połowy zjedzone:D, są większe.

      Usuń
  2. Coś czuję, że we wrześniu po wakacyjnej harówce w restauracji pojadę w kulinarną podróż po Polsce! ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooooo, najlepiej po małych wioskach (po wcześniejszym zorientowaniu się, gdzie co można zjeść dobrego np. w agroturystycznych miejscach:D).

      Usuń
  3. Cieszę się, że mogę czytać takie miłe rzeczy o Krakowie :) może jutro wybiorę się na te lody, bo już o nich dużo dobrego słyszałam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, ja mam wrażenie, że swoje miasto to mało znam od strony kulinarnej - siłą rzeczy wolę u siebie najczęściej ugotować sama:) Plus łatwo się zawieść i wrócić rozczarowanym. Polecam lody! :) Odstój swoje! :P

      Usuń
    2. Lody były pyszne, a kolejki wcale nie było- miałyśmy szczęście :) i w ogóle to okazało się, że pracuje tam moja koleżanka z gimnazjum :)

      Usuń
    3. O, bo może jak ja byłam to upały były:)

      Usuń
  4. Najlepsze lody w Krakowie na Starowiślnej! Robione na miejscu, cudowne w smaku. Kolejka na pół ulicy, nawet w październiku! :) A w zimie pączusie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słyszałam, że jeszcze inne miejsce jest, ale, że lepsze niż w Katane??? :)

      Usuń