poniedziałek, 4 czerwca 2012

Kraków (Bajglów) cz. II: Nowa Zelandia - pora umierać!


Tak, dokładnie, już można umierać. Po zjedzeniu tak pysznej kanapki naprawdę można już umrzeć. Burgery w Maoburger nie mają nic wspólnego z hamburgerami z jakiejkolwiek budki (powtarzam: NIC WSPÓLNEGO!). Tu możecie dowiadywać się na bieżąco o "burgerze tygodnia".



Mieliśmy zajrzeć do tajskiej, ale tak się włóczyliśmy i włóczyliśmy (fajnie było!) aż w końcu trafiliśmy do Maoburgera. Oby takich zmian planów więcej w moim życiu! Tak soczystej piersi kurczaka jeszcze nie jadłam. Chyba nie do odtworzenia w domowych warunkach. Chilli chicken burger był strzałem w dziesiątkę. Bułka niezbyt gruba, miękka, smaczna. Wszystko świeżutkie, a sos przygotowywany na miejscu. Każda porcja mięsa smażona na bieżąco, więc trzeba poczekać około 10-15 minut. Mogłabym czekać nawet godzinę na takie niebo! BBQ burger był również na poziomie, wołowina wysmażona idealnie, soczysta.


Samo miejsce nie jest duże. W środku kilka dużych drewnianych ławek. Trzeba chwilę poczekać albo dosiąść się do kogoś innego. Możliwość zjedzenia na miejscu to jak dla mnie duży plus - nie lubię raczej jeść tak na stojąco. Obsługa niczego sobie, a hamburgery zapakowane w stylu retro w biały papier (ach!), podpisane czarnym mazakiem i podane na kwadratowych czarnych tackach z różowym logo. Jedyne co może zniechęcać to cena, ale sobie to wszystko przemyślałam i doszłam do wniosku, że nie może być niższa, bo: ogromna porcja (jak obiad!), jakość księżycowa, Kraków (turystyczne miejsce raczej o wysokich cenach). Mówię Wam, tam trzeba zjeść chociaż raz w życiu! p.s. Raz na ruski rok zdarza mi się jeść kanapki w takiej znanej sieci fast foodowej;) i wiecie co? Prawie zawsze czuję się po takiej źle, a ta była 2-3 razy większa, a czułam się rewelacyjnie. Jakość, świeżość, naturalność?

stąd
Nie udało mi się wpaść do Baru mlecznego pod Temidą i Gospody KoKo*. Pierwsze – tak jakoś wyszło, a w drugim przypadku o 13 godzinie nie było miejsc (później dowiedziałam się, że mają też salę w bramie, nie tylko przy ulicy), więc odwiedziłam Smakołyki. Nie żałuję. Gospoda KoKo prezentuje się zachęcająco i stronę ma równie zachęcającą. Menu z pomysłem i niezbyt długie. Podoba mi się też możliwość zamawiania połowy obiadu, bo jak dla mnie często te „normalne” porcje bywają za duże. "Nie marnuj jedzenia" – brzmi przykazanie trzysnaste! p.s. Szukali ostatnio pracowników do zbierania zamówień - to taki cynk dla zainteresowanych - być może są gotowi dopasować terminy takie, jakie odpowiadają komuś np. kiedy studiuje.

* Chciałam tam spróbować spaghetti ze szpinakiem, bo było w menu tego dnia. Zobaczyć, jak je zrobili i czy wiedzą, że rozgotowany makaron to porażka.

stąd

Smakołyki okazały się strzałem w dziesiątkę. Po pierwsze bardzo tam ładnie i nowocześnie, a przy tym dość przytulnie. Na facebooku sprawdziłam, że mają ciekawe zestawy obiadowe. Nie zamówiłam takowego, ale prezentował się smakowicie. Wtedy to była szynka, kluseczki śląskie i buraczki. Zupa – krem z marchewki. I kompot z rabarbaru najpewniej, bo taki piłam tego dnia. Pierogi ze szpinakiem były bezbłędne, idealne, cudne. Prawdopodobnie wypełnione świeżym szpinakiem, a na pewno nie miazgą szpinakową. Doprawione akuratnie, podane z kleksem śmietany. Do nich zamówiłam surówkę – składała się z  trzech propozycji: białek kapusty, marchewki i buraczków. To naprawdę rzadkość, ale te surówki były pyszne. Mówię o nich tak w kontekście surówek w różnych knajpach: albo twarde albo nieoprawione albo gotowce? Brr. Polecam to miejsce nie tylko dla studentów. Duży plus za "nieprzerośnięte" menu i przestrzeń.

p.s. Bajgle to nie bajgle, a obwarzanki - sami sprawdźcie tu i tu. Za objaśnienie i oświecenie dziękuję greenswithbeans!

9 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Było. W razie pobytu w Krakowie na pewno drugi raz zawitam do MAOświątyni! :)

      Usuń
  2. Ciekawe czy u nas są???? Na sam widok burgerów leci mi ślinka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Warszawie może gdzieś tak, ale nie wiadomo nic mi o tym. W Łodzi nie ma. W Łodzi otworzę filię i postawię przed nią takiego w sumie nawet zdrowego burgera i będę się mu kłaniała, a za mną będą powtarzać to kolejni i kolejni i kolejni...

      Usuń
  3. Mam zajęcia bardzo blisko Koko i wszyscy tam jedzą, a znalezienie miejsca po południu to mission impossible :). Jak byłam wegetarianką, mogłam jeszcze zjeść pierogi (dobre), ale obecnie to nic tam chyba dla mnie nie ma poza tartą marchewką. :) Po drugiej stronie ulicy jest drugi studencki tani "paśnik", nazywa się Bordo.

    Swoją drogą "kotlet z koko" brzmi makabrycznie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm, "Bordo" to bardzo fajna nazwa, kojarzy mi się z kabaretem Mumio i reklamami Plusa:P A co do zwierząt to nie mam jeszcze do końca wyrobionej opinii, ale bardzo lubię wegetariańsko, bo smacznie. Szczególnie w sezonie:)

      Usuń
    2. Oj, pisałam o tym kotlecie z koko *tylko* dlatego, że zawsze jak to widzę to nie wiem, czy mnie to rozczula czy martwi :D.

      Usuń
    3. Hmm, mnie bawi grafika i w ogóle, ale jak napisałaś, to w sumie trochę inaczej na to spojrzałam. Z drugiej strony może rośliny też jakoś czują? Hmm, ciekawe czy odważyłabym się zabić kurę.

      Usuń
  4. Z chęcią pójdę i sprawdzę na własnych kubkach smamkowych, które zapewne będą zachwycone :)

    OdpowiedzUsuń