środa, 2 maja 2012

Czytelnicy Mówią: Raz gdy stałem się szlachetny, czyli w dzikim winie zaplątany

Bezcenne...

Jako, że w jednym z konkursów nagrodami dodatkowymi była możliwość zaprezentowania się na moim blogu, zapraszam dziś na pierwszą opowieść autora bloga 1000winesyoumustdrinkbeforeyoudie. Każdy ma jakiegoś bzika. Weczek woli dobre piwo, ale lekkim winem rzecz jasna nie wzgardzi (Komandosom i innym takim historiom Mówi stanowcze nie!). Dziś wino w roli głównej. Zapraszam do lektury! Pod zdjęciami pozwoliłam sobie dodać małe komentarze.

Ach...






A gdzie Panie? Zostały w domu?


W fabryce serów...
Alkohol bez dobrego jedzenia jest, jak...
Historia mojego za przeproszeniem wszystkich “pierdolca” na punkcie wina jest krótka i treściwa. Jako statystyczny Polak, potomek Lachów, z ogromnymi tradycjami w żłopaniu wszelkiego rodzaju trunków, moje wspomnienia winne sięgają zamierzchłych czasów lat 90. Wychowany w kolebce polskiego punka (i nie jest to Jarocin) wychyliłem po zakończeniu 8 klasy pierwszy trunek zwany winem. Określeń w moim  rejonie, na tego typu specyfiki była cała masa: alpaga, mózgo***, gleborzut…… Pijało się Tury, De la Patik…… W przerwach królowała Perełka Lubelska, Zagłoba Okocimia….. O historii miasta i tego co się działo pod okrąglakiem i w parku opowiem kiedyś jak mnie najdzie. Teraz wróćmy do trunków. Długie lata nic się nie działo. Wino to wino, za drogie, głowa po nim boli, lepiej browarek lub chłodną wódeczkę. Z win które pamiętam to jakieś cienkie Blanc de Blanc, jakieś pseudo Carlo Rossi, naleweczki babuni i jakieś trunki weselne. Czyli nie ma co wspominać, trzeba pojechać Mazowieckim i się odciąć grubą kreską. Mijał dzień za dniem, praca, starość itp. Nadszedł czas gdy jak zwykle co 2 lata nasz pracodawca wysyła ekipę na tzw OPEND MIND EXPEDITION. Jedziemy wtedy wszyscy w różne strony, aby sobie głowy przewietrzyć. Pierwsze wkurzenie nastąpiło gdy dolosowali mnie do grupy która rusza do Niemiec, Francji i Szwajcarii. Mój ulubiony Londyn przyjdzie mi może zobaczyć kiedy indziej. Cieszę się tylko ze w okolice Lille nie trafiam, tam już kilkakrotnie byłem. Nie czytam nawet dokładnie planu podróży, no bo cóż takiego ciekawego może być w Niemczech. Ruszamy z lotniska nach Frankfurt. Od razu poślizg. Wszyscy mieszkamy ok. 35 km od lotniska, a kolega który ma dosłownie 500 m spóźnia się na samolot. Na szczęście za dwie godziny ma następny samolot, ale wiąże się to z tym że 2 godziny spędzamy na lotnisku we Frankfurcie. Mnie trafia, bo wylosowanym jako kierowca, mogę się patrzeć na pozostałych kolegów, którzy z uśmiechem na ustach sączą zimne Wietzeny. Ale, Pan Bóg nierychliwy ale sprawiedliwy. Dostajemy dwa samochody. C maxa i nowiutką audicę A4 która mi przypada na te 4 kolejne dni. Chociaż się wyszaleję na niemieckich autostradach. Jedziemy….. ponad 200 km przed nami. Ciężko mi było nawet wklepać w GPS nazwę miejscowości. Myślę, zdurnieli Ci Francuzi, jak miasto u nich w kraju może się nazywać Eguisheim, może jakaś pomyłka i w Niemczech zostajemy…. Nic to, lecimy. Dojeżdżamy, po drodze mijając Strasbourg, Colmar. Pokazują się jakieś fajne górki z zamkami na szczytach. Ale ja wciąż nie wiem gdzie jestem. Bookujemy się w hotelu i szybciutko, bo Pani przewodnik czeka, lecimy na miasto. Miasteczko urokliwe, jak z Władcy Pierścieni, ale cholera zwiedzać będziemy??? Piwa zimnego bym się napił. Szukamy z drugim kolegą jakiegoś sklepu, nocnego czy coś takiego…… Nie ma.  Myślę ok, mamy w planach wyjazd do Munster, jakiejś fabryki sera, może po drodze chociaż stacja benzynowa. O zwiedzaniu zamku i miasta opowiem kiedy indziej. W fabryce sera spotykamy a) przewodnika zatrudnionego od wczoraj, b) krowy c) uciszających nas Francuzów (już nam nerwa puszcza). W sklepiku w fabryce znajdujemy piwa litrowe, niepasteryzowane, drogie jak cholera, ale z braku laku bierzemy po 2 butelki. Najgorsze to że ciepłe a w hotelu brak lodówki. No to browarki do schowka i AC na maksa. Wracamy w te pędy do Eguisheim bo mamy zablokowaną kolację w knajpie. Może tam mają zimny browar…… Jesteśmy. Spelunka, cerata na stolikach, menu z xero….. Prosimy o duże piwo… Brak szklanek 0,5 są tylko 0,25. No dobra, weźmiemy dwa razy więcej. Nasz specjalista od dobrego jedzenia zamawia nam potrawy i jakieś wino do tego.  Jedno białe, drugie czerwone i w tym momencie tylko to mogę o nich powiedzieć (znaczy o tych winach).

Bez nich nie byłoby sera (no są jeszcze kozy, owce i takie tam;))
Pierwsze zaskoczenie, jedzenie pyszne (ale jak się nazywało nie pytajcie). Wchłaniamy wielgachne porcje popijając zimnym piwkiem, jest błogo….. Pada pytanie…. Ktoś chce jeszcze winka??? A co tam. Nadstawiam kieliszek, alkohol to alkohol…… I nagle, w okolicach moich niuchaczy pojawia się zapach….. Nigdy przedtem takiego nie czułem. Coś fajnie lekkiego, egzotycznego, słodkiego……. Piję powoli, przypominając sobie ten dzień kiedy po raz pierwszy zjadłem ptasie mleczko……. Proszę o dolewkę….. I jeszcze wtedy nie wiem, ale teraz już wiem, że to była Opatrzność, znak od Boga, cud czy jak to tam….. W moim organizmie, który nie do końca zdawał sobie sprawę gdzie jest, a po uzyskaniu tej informacji myślał że hoduje się tu owczarki, pojawił się po raz pierwszy i nie ostatni, cud Alzacji………



Gewurztramier Grand Cru Pfersigberg 2008……

Dla takich chwil warto żyć…..

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz