środa, 27 lipca 2011

Kukurydziane muffiny z malinami + grahamki, czyli, jak przetrwać deszczowe dni


To był dzień, kiedy miałam ochotę na mokre ciasto z owocami. Może były to nawet dwa dni. Padło na muffinki. Przepis pochodzi stąd. U mnie zamiast borówek (dodałam tylko kilka) głównie maliny, zaburzając przy tym proporcje, bo dałam ich wyjątkowo dużo. A na wierzchu odrobina cukru pudru. Były dobre pierwszego, drugiego, a nawet na trzeci dzień smakowały. 


p.s. A dziś na kolację i jutro na śniadanie będą debiutanckie grahamki (posypałam je dodatkowo płatkami owsianymi, a zamiast mąki chlebowej pszennej dodałam zwykłej pszennej tortowej) z tego samego miejsca, co muffinki. Znowu trochę zaburzyłam (najprawdopodobniej) proporcje. Jak na razie przypominają grahamki, a jak smakują okaże się pewnie rano, bo dziś przekroczyłam wszelkie limity kaloryczne, o czym opowiem w następnym poście. Wczoraj zresztą nie było inaczej... Najwyżej zmienię się w piękną kuleczkę i zmienię sposób przemieszczania się na turlanie. :-) A na dole okoliczne klimaty, które się mnie dziś trzymają. Pogoda pubowa;)

Smacznego! 

3 komentarze:

  1. założę się, że smakują obłędnie pysznie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Super buleczki! Ja wlasnie w fazie bulkowo-chlebowej ;) Jak tacy chlopcy graja na gitarach, to wszystko da sie przetrwac ;)

    OdpowiedzUsuń