czwartek, 7 kwietnia 2011

Tydzień Ptysiowy



Ogłaszam, że trwa „Tydzień Ptysia”. Święto to (dla nieznających tematu) pewnie przybrałoby formę jednodniową, ale w moim przypadku trwa już od kilku dni. Aktywnie i w marzeniach próbuję zdobyć ptysia-cud: takiego rodem z PRL-u, nie jakieś te bez ulepszaczy, dobre, z samą bitą śmietaną. Dążenie moje skierowane jest w kierunku kremu o niezgłębionym składzie, lekko sztucznym, jakby z dodatkiem bezy? Takiego ptyasia zaakceptuję i zanurzę w nim swoją... łyżeczkę;) A w oczekiwaniu na mistrza – trzy malutkie ptysie z „lepszej półki”. Cóż. Life is life & I was made for loving pytś.
 p.s. Może niebawem zbiorę się w sobie, otrząsnę z resztek wiosennego przesilenia i uzupełnię zaległości. Ten typ tak ma - działa w "ciągach". (pasuje to do profilu anonimowego jedzenioholika;))

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz